3 miesiące
Jak już wyjeżdżasz to wyjeżdżasz. Może powiedziane trywialnie ale tak właśnie jest. Zapewne większość z nas zna tzw. 3 miesięczne wyjazdy do pracy. Cel czysto zarobkowy, oszczędzanie, odkładanie ile się da, byle starczyło na dalsze studia, auto czy co se zaplanujemy. Jasne, że jest to jakiś sposób na start, szczególnie dziś, kiedy granice otwarte, ale ile można, przecież nie w nieskończoność. Tu pojawia się zasadnicze pytanie – zostać czy wracać? O ile każdy wie jak to wygląda powrót do kraju, to decyzja o pozostaniu za granicą wiąże się z czymś więcej niż tylko robieniem pieniędzy.
Największy moim zdaniem błąd polaków żyjących na emigracji to wybieranie drogi na skróty. Co przez to rozumiem – zapytasz. Chodzi mi o autopozbawianie się możliwości rozwoju, w głównej mierze – intelektualnego. W wyniku czego po ponad roku, dalej zamiatają ulice, czy też zapierdalają na budowie. Sednem tego problemu jest w pierwszej kolejności język. Możesz wierzyć lub nie, ale są tu w Londynie ludzie, którzy po ponad 12 miesiąch nie potrafią się po angielsku dogadać, pomijam sytuacje typu kupienie bułki. W wyniku tego ciężko jest mówić o awansie czy to zawodowym czy jakkolwiek społecznym. Na zawsze bowiem pozostaje stała pensja, o wiele za niska i w tym momencie mozolne odkładanie, tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Wyobraź sobie tylko – zapierdalasz jak robot, każdego dnia to samo, każdy weekend taki sam, każda wypłata taka sama. Nie wiem jak inni, ale ja szybko dostałbym pierdolca. Niestety, dla wielu oszczędzanie staje się obsesją, ale czy oni nie oszczędzają aby na sobie samych? Żeby było śmieszniej pewnego dnia tracą prace i pocą się żeby wkręcić się gdziekolwiek, byle znów mieć tą cholerną prace. Czy po to wyjeżdżamy z kraju na dłuzej niż te 3 miesiące? Tak właśnie się tu dzieje i szczerze przyznam – wykracza to daleko poza granice logicznego pojmowania rzeczy.
Pamiętam jak było ze mną, wiedziałem że ten krok może okazać się znacznie trwalszy w skutkach niż zaplanowane 2 miesiące. Po tych 2óch miesiącach co się okazało – zabawa dopiero się zaczyna. Kolejne 2 to ciąg transformacji, przeprowadzka ze Stoke on Trent do Londynu, jakby kolejny etap – uciekłem z fabryki od pracy fizycznej ale mój portfel był nadal pusty. Następne 2 miesiące to nowa praca, nowy dom, nowe życie. Wreszcie można było troche odłożyć i odwiedzić dom w kraju, tak się też stało. Powrót do UK, wróciłem spłukany i obiecałem sobie nieustawać w zmianach, nie zawsze na lepsze, nie ważme, byleby do przodu. 17 lipca to już rok, a ja od krok od uruchomienia własnej firmy. Mimo, że język wciąż stanowi bariere, to ja sam zauważam poprawe każdego miesiąca. Na chwile obecną rzeczą fundamentalną stało się zdobyć FCE, CAE, aż wreszcie CPE (Certificate of Proficiency in English). To jest jedyna droga aby coś tu zdziałać, aby wyjść poza wydawać by się mogło – zamknięte koło. Jakie więc wnioski?
3 miesięczne wyjazdy to może nie tyle mit co rozwiązanie na krótką mete. napewno dobre aby z początku odbić się od dna, ale później nie ma silnych, musisz odpowiedzieć na pytanie – zostaje czy wyjeżdżam na pare lat? Wiem, trudno dziś powiedzieć że Polska to kraj możliwości, ale uparty człowiek, który wie do czego dąży, poradzi sobie wszędzie, pytanie jakim kosztem. To co dzieje się w kraju sprawia, że ręce opadają. Pomijam scene polityczną bo to temat rzeka, ale spójrzmy na rzeczywistą jakość życia, spójrzmy na fakty, które naprawde nas dotyczą. Wiele rodzin żyje na minimum, a każdy kolejny dzień to nieustanna próba wiązania końca z końcem. Co za przyszłość nas czeka skoro nawet zrobienie studiów nie gwarantuje normalnej pracy za uczciwe pieniądze.

No i widzisz Radku, w tym to akurat masz rację. Czas spędzony w Polsce powoli staję się czasem “straconym” … Dlatego powoli trzeba myśleć o spakowaniu się i nad szukaniem lepszego życia ;)
Ktoś kto nie wie co tak naprawde chce od życia nie znajdzie tego nawet na drugim końcu świata…