welcome back
tyle rzeczy się wydarzyło w przeciągu ostatniego miesiąca, że straciłem sens tego na czym stoje. w skrócie, jak to było.
21 grudzien, wsiedliśmy w pośpiechu w auto i ruszyliśmy do Polski. jakies 150 km i po 2 godzinach drogi, we mgle i deszczu byliśmy już w Dover, na podjeździe do promu. Jeszcze tylko kawałek Francji, Belgia, Niemcy i Polandia. Ale tym razem nie było tak prosto. Koniec końców, ostatnie 50 km dojechaliśmy na lawecie po tym jak na autostradzie opona poszła sie jebać.
w domu jak zwykle mały szok, dziurawe drogi, po drodze 126p suną przed siebie odważnie. Jest biednie, brudno i beznadziejnie. Dobra, tłumacze sobie, to tylko 2 tygodnie, wytrzymam. Przychodzi dzień 30 grudnia, dziś odjeżdżamy aby spędzić nowy rok w Londynie ____ i chuj.
jechałem za kolegą, prosta droga, las, było jak się okazało – baaardzo ślisko, tylko nie wszyscy o tym wiedzieli :) kwestia jednego błedu i już lecieliśmy jak w roller coaster’rze, do góry nogami z tym, że siła odśrodkowa wpychała mnie w fotel. jedyne co mogłem to czekać na, no właśnie – na co? na pewne rzeczy nie mamy wpływu. ciesze się tylko, że wszyscy wyszliśmy z tego cało.
pare dni później kupiliśmy auto ‘zastępcze’ i na upartego wyjechaliśmy w drogę powrotną do UK, 24 godziny za kółkiem i oto jesteśmy spowrotem.
